Opis sytuacji na terenach popowodziowych na terenie Lubelszczyzny.
sobota, 10 września 2011

Wreszcie jestem w stanie rozmawiać o powodzi, kontynuować to, co trwa od ponad roku, chociaż tak często myślałam o finiszu... Wczoraj długo rozmawiam z panią Agatą z Gdyni, panią Magdą z Lublina.. Wakacje przynoszą mi spotkania z Tomkiem z Gdyni, Rafałem z Iwonicza, Jankiem i Małgosią z Kątów - wszyscy zaangażowani w akcję, większość z nich poznałam dzięki zaangażowaniu się w sprawy z Wilkowa..

Do szkoły przychodzą kolejne paczki - ze Świętochłowic i Poznania, szykują się kolejne transporty darów, które trzeba będzie przejrzeć, posegregować, zapakować, przewieźć w miejsca docelowe.. Znajduję kontakt w Domu Pomocy Społecznej - odzież, która nie będzie pasowała na żadnego z naszych podopiecznych powodzian, przerzucę dla podopiecznych zakładu - nic się nie może zmarnować.

I jak tu myśleć o końcu, skoro nasza wilkowska akcja stała się siłą napędową do tylu dobrych gestów ludzi dobrej woli...

Nasuwa mi się tekst jednej z oazowych piosenek sprzed wielu, wielu lat:

Troszczymy się o swój dzień, zbieramy tyle skarbów

Nie chcemy uwierzyć, uwierzyć, że

jesteśmy braćmi ptaków!

A Ojciec Niebieski karmi je, ubiera trawy polne w sukienki

zwierzętom daje na noc schronienie, a ludziom - o ileż więcej!

Choć tyle jest na Ziemi i niebie tyle znaków

tak trudno ludziom uwierzyć, że: Jesteśmy braćmi ptaków!

By nie iść już przez nasze dni

w zwątpieniu, smutku, strachu,

wystarczy tylko uwierzyć, że: Jesteśmy braćmi ptaków!

piątek, 09 września 2011

Wreszcie się udało zorganizować większy transport - i znowu dzięki ludziom dobrej woli.. Przed dwoma tygodniami znalazłam większy samochód, paliwo pokrywam dzięki Rafałowi z Podkarpacia, zawartość wypełniam dzięki Oazie Domowego Kościoła z Torunia i siostrom z podkarpackiego Caritas. Wieziemy pralkę, artykuły pierwszej potrzeby, żywność, przybory szkolne...Wszystko w konkretne miejsca, do konkretnych rodzin.

Z zainteresowaniem oglądam wilkowski krajobraz - dzięki większej perspektywie czasu i ograniczonym (przeze mnie) kontaktom - bez większych emocji - bardziej - z zaskoczeniem..

Wiele drzew i sadów przeżyło (na szczęście) - i obrodziło, na ile tylko pozwoliła wiosenna susza i późniejsze deszcze. Pojawiły się nowe uprawy - w parę z nich wnieśliśmy swój wkład.

Wielu ludzi pozostaje jeszcze bez domu, bądź - remontuje obejścia, wielu też w sposób znaczący podniosło standard swojego życia - stawiając nowy dom (znacznie większy,piękniejszy, nijak mający się do tego, który stracili), remontując i modernizując znacząco to, co zniszczyła powódź, zamieniając stary model samochodu na nowy... Obserwując postępy prac, zmianę standardu życia (niektórych oczywiście) nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby nie powódź i związana z nią pomoc społeczeństwa i licznych organizacji... Nie ma jednak co analizować - za wszystkim stoi trauma, jaką przed ponad rokiem przeżyli, dziwi jednak dostatek gospodarza i niedola sąsiada - wiele kontrastów - zbyt wiele!

A przed nimi jesień i zima - i plaga myszy wciskających się do każdej szczeliny - i lęk o przetrwanie - słuszny zresztą - kto ma pracę, ten ma, a kto utrzymywał się z chmielu, ten stracił źródło dochodu na całą zimę - strata nie do powetowania. A i z pomocą rozmaicie - takich, którzy się nią zajmują - na palcach jednej ręki by policzyć, kasa gminy pusta, kościoła również. Swoją drogą trudno się dziwić - jeżeli ktoś jeszcze został tak przez powodzian potraktowany, jak my, nieprędko tam powróci.

poniedziałek, 08 sierpnia 2011

Wreszcie samochód sprawny - wprawdzie dzięki wypożyczonej części, ale mogę się nim poruszać... W drodze na Podkarpacie zawijam do znajomej rodziny z Trześni - zamieszkałej na terenie objętym ubiegłoroczną powodzią. Kolejne ulewy dają moim przyjaciołom we znaki - wiele nocy tego lata nie przespali - woda podchodziła im znowu pod próg, zaś to, że stoi ona do wysokości kostek w kotłowni stało się już normą. Dom zagrzybiony, dzieci często chorują, a i trudności finansowe doskwierają - poza naszym wsparciem i wsparciem od pani Agatki niczego poza 150 zł zasiłku dla nieuleczalnie chorego syna nie dostali, a przez wiele miesięcy nie mieli gdzie mieszkać i o wszystko do domu muszą zabiegać od początku, ponieważ to, co mieli albo popłynęło, albo zgniło... Cieszą się niewielkim kawałeczkiem działki za domem - cały przekopali i zrobili grządki - przynajmniej trochę warzyw własnych i dzieci mają co jeść, a obok budynku gospodarczego kawałek ogródka wydzielony płotem dla kur.. Szkoda, że krowy nie ma gdzie trzymać, bo byłoby mleko i ser, ale nie narzekają - zaciskają zęby i pracują. To, co nie będzie pasowało na dzieci, rozdysponują pomiędzy innych, którym ciężko - zawsze myślą o bliźnich, chociaż o nich niewielu podczas powodzi myślało (to mój wniosek).

Ciepło robi mi się na sercu po tej wizycie. Dla takich właśnie ludzi, jak oni, warto się potrudzić. Nasuwają mi się słowa piosenki W. Młynarskiego:

"Róbmy swoje, pewne jest to jedno, że, róbmy swoje, póki jeszcze ciut się chce"...

piątek, 08 lipca 2011

Wreszcie udało się - wbrew wszelkim formalnościom - przy wsparciu Toruniaków - kupić meble i odstawić je pod wskazany adres dokonując odpłatności "z góry". Kosztowało mnie to prawie 3 godziny oczekiwania na kierowców, ale mebelki są już na miejscu ku radości naszych podopiecznych. Niestety - jedno z bliźniąt - wcześniaków zmarło, co nie zmienia faktu, że pozostaje liczna rodzina, której tak wiele jeszcze brakuje. Kolejnej rodzinie - tym razem przy wsparciu Rafała z Podkarpacia - uzupełniam brakujące krzesło i taboret, jednak w związku z awarią samochodu, będę je mogła odstawić dopiero z końcem lipca. Niestety - "człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi" - naplanowałam sobie kursy pod Wilków i pod Sandomierz, ale obawiam się tam jeźdzć samochodem zastępczym - czekam na własny. Mój przynajmniej łatwo "przerobić" na "ciężarówkę".

W ubiegłym roku woda zniszczyła wszystko, w tym mocno we znaki dała wszystkim susza, która najpierw zniszczyła część tegorocznych upraw - nadziei na jakiekolwiek środki do życia, teraz zaś długo utrzymujące się opady "poprawiły", więc nadal sytuacja jest bardzo ciężka. Każdy kolejny deszcz powoduje popłoch zwłaszcza, że część wałów nadal nie została naprawiona. Tym razem brakowało metra...

piątek, 01 lipca 2011

Darek zwierzył mi się, że każdorazowy powrót do Wilkowa dla niego to tak, jakby mu ktoś wbijał nóż w serce... Mam podobne odczucia. Nie chcę więc go więcej angażować, w związku z czym na "placu boju" zostaję zupełnie sama... Co się udało załatwić - nawet wiele.. Dzięki wsparciu Rafała z Podkarpacia oraz fizycznej pomocy pana Fredzia i pana Wojtka udaje się zorganizować transport, którym wywozimy olbrzymi komplet zdobycznych mebli kuchennych, bramę oraz wszystko to, co udało nam się zgromadzić w szkole. Udaje mi się dokupić taboret i krzesło, które wkrótce zawiozę pod Wilków oraz przywieźć od pani Darii spodnie w ogromnym rozmiarze, których wciąż jeszcze poszukuję. Pertraktuję z salonem meblowym - zależy mi na opłaceniu transportu mebli z góry - wbrew ich utartym zwyczajom. Jak się okazuje - ciężko ten fakt "przeskoczyć". Wciąż jednak mam nadzieję, że transakcję sfinalizuję. Uniwersytet Medyczny przypomniał sobie o rozpoczętych pertraktacjach, a przez ponad pół roku tak wiele się zmieniło. Muszę znowu aktualizować dane do darowizny i przesuwać potencjalnych adresatów. Kontaktuje się ze mną pani redaktor jednego z lokalnych magazynów... Umówię się z nią u jednych z podopiecznych w przyszłym tygodniu. Gdyby dzięki temu udało się pomóc chociaż jednej rodzinie... Tak wielu ludzi jest jeszcze w tragicznej sytuacji, w paru przypadkach niestety dzięki rodzinie, która chce się wzbogacić kosztem zasiłku powodziowego krewnych, w innych zaś - dzięki własnej głupocie i cwaniactwu. Trzeba mieć nadzieję, że do zimy wszyscy będą mieli dach nad głową.

sobota, 11 czerwca 2011

Rodzina śp. pana Rafała pod nieobecność Darka opróżnia bez uzgodnienia dom - wywozi grzejniki, rury, deski - słowem - wszystko, co się da... Prawdopodobnie - również za namową sąsiedzką... Przed Darkiem walka o odzyskanie pieniędzy, które włożył w budowę domu pana Rafała, a na które państwowego zasiłku nie wystarczyło. Wszystko prawdopodobnie będzie się musiało oprzeć o policję i o sąd, tyle, że ludzie za pracę ekipie nie zapłacili, więc kosztów sądowych nie ma czym pokryć.

Ja nadal robię swoje - szukam tego, czym mogę wesprzeć tych, którzy jeszcze pomocy potrzebują, kreślę na kartce te zadania, które udało mi się  zrealizować, dopisuję kolejne... Przeżywam sytuację darkowej ekipy bardzo - szliśmy ramię w ramię - oni wyszukiwali potrzebujących, budowali i remontowali, my zaś usiłowaliśmy uzupełnić wszystko to, czego powodzianom brakowało, szukając wsparcia wśród tych, którzy chcieli pomóc.. I wspólnie cieszyliśmy się, kiedy udało nam się kogoś w miarę postawić na nogi - do czasu - do kiedy nie odezwały się zazdrość, nienawiść, chciwość i spryt, z jakimi do tej pory nigdy nie mieliśmy do czynienia.

Darek nadal buduje - tym, którzy się w tą nagonkę nie włączyli, mi zaś coraz trudniej przychodzi planowanie wyjazdu na Powiśle - muszę jednak zorganizować przerzut bramy i mebli oraz tego, co udało mi się zgromadzić.

Nadal całej tej sytuacji tak po ludzku rzecz biorąc nie rozumiem - wygląda na to, że wygrali ci, którzy pomogli jednorazowo, bo tak trzeba było, potem wycofali się, bez zbytniego angażowania się i organizowania mądrej pomocy - chyba coś w tym jest... Nie zdołali przywiązać się, pokochać i nie cierpią, zaś mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

czwartek, 02 czerwca 2011

Babcia dalej nie rozlicza się z ekipą budowlaną - pomimo urzędowego wezwania.. Dzisiaj upływa termin zwrotu rusztowań i betoniarki - Darek będzie zmuszony złożyć zgłoszenie do prokuratury.. Tymczasem syn "babci" usiłuje Darka zastraszyć, że dopadnie go w nocy i wbije mu nóż w plecy...

Pan Marek jest w domu - dowiadujemy się, że w całą tą historię mocno się zaangażowała pani Ewa, która i u niego sprawdzała rzetelność ekipy Darka. Zupełnie tego nie rozumiem - zapomniała, ilu wolontariuszy dzięki Darkowi i z Darkiem włącznie u niej pracowało...Właściwie Darek powinien zrobić panu Markowi drobiazgowy kosztorys, wie jednak, że pan Marek nie byłby w stanie mu zapłacić.Tego jednak pani Ewa nie bierze pod uwagę..

Dobrze, że w swoich zbiorach posiadam całe archiwum zdjęć i innych dokumentów oraz adresów kontaktowych, które się mogą przydać jako materiał dowodowy, zaś pomimo ciągłego pośpiechu potrafię dostrzegać i słuchać - to przykre, ale tą wiedzą - jeżeli trzeba będzie - będę się musiała podzielić, jeżeli sytuacja się nie uspokoi.

Najbardziej boli jednak to, że są to ludzie, którym najbardziej oddaliśmy serce...Widać - zapomnieli, że zło wraca do człowieka...

Musimy jeszcze pomóc trzem rodzinom.Otrzymuję wiadomość o meblach kuchennych - bardzo się cieszę - Darek stawia dom, który chcemy wyposażyć - Ci ludzie - uczciwie - nie mają niczego. Piszę "uczciwie" zupełnie świadomie - najczęściej - co bardziej zaradni - otrzymują pomoc z wielu źródeł, do czego się nie przyznają, mają też pełne strychy darów, a jednocześnie potrafią płakać, jak bardzo im ciężko i jak są niesprawiedliwie traktowani. Wielu funkcjonuje lepiej, niż ci, którzy im pomagają.

Za 4 tygodnie upływa rok naszego pobytu na wilkowskiej ziemi - oprócz ludzkiej niedoli i tragedii poznaliśmy również, co to jest zawiść, zazdrość, fałsz, a oczy otwierają nam się coraz szerzej... ze zdziwienia...

niedziela, 29 maja 2011

Nadszedł czas rozwiązania bolesnych dla nas spraw. Z pomocą pracowników wilkowskiej gminy zostało do babci wysłane wezwanie do zapłaty prawie 3 tys. zł - to właśnie tyle, ile powinni dostać robotnicy za wykonaną pracę, a nie dostali, w związku z czym porzucili plac budowy.

"Zaradny wnuczek" otrzymuje wezwanie zo zwrotu zagarniętych rusztowań i betoniarki, które wziął sobie w zastaw za rzekome oszustwo. Ponadto pracownicy gminy zgłosili kradzież na policji w Opolu Lubelskim.

Wszyscy są niezwykle mili, babcia usuiłuje się z Darkiem dogadać (mam nadzieję, że wreszcie Darek wyciągnie nauczkę).

Ekipa wraca do powodzian, ale już nie do wszystkich. Uważam, że powinni pracować u tych, którzy im ufają - w tej sytuacji - gdzie środki są bardzo skromne - inaczej się nie da, ale to nie moja sprawa, tylko darkowa.

Pani Agatka wysyła z Gdyni paczki do znanej już nam rodziny z Gorzyc pod Sandomierzem, do której ja wciąż nie mogę dojechać - tym razem ze względu na stan samochodu. Otrzymujemy w szkole kolejne paczki ze Świętochłowic, które na bieżąco staram się rozdysponowywać.

Brama "ryśkowa" gotowa - wkrótce trafi do miejsca przeznaczenia - w dobre ręce..

Zaczynam organizować kolejne zakupy meblowe - najchętniej przez firmę - mam nadzieję, że się uda, zwłaszcza, że nie dysponujemy środkiem transportu.

Zastanawiam się, co dalej.. Ze względu na równowagę psychiczną i zdrowie powinnam to wszystko zostawić, ale się nie da - warto choćby dla jednej czy dwu rodzin kontynuować naszą akcję. Nie chcę jednak mieć do czynienia z nikim, kto choćby jednym zdaniem zranił Darka i jego ludzi, a tym samym przyłożył się do dramatu jego rodziny i mojej.

Już nic tam nie będzie wyglądało tak, jak dotychczas - ludzie pokazali swoje drugie oblicze okrutne, zwzięte, pozbawione skrupułów, fałszywe - skrzywione przez walkę o pieniądze - za wszelką cenę, co jednak nie przeszkadza im w afiszowaniu się pobożnością.

Cóż - Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek... Niezły przepis na życie, na szczęście - nie nasz.

czwartek, 19 maja 2011

Po piątku nastała "pogróżkowa" sobota, po niej - podobny poniedziałek. Widać, że i dla złych ludzi niedziela jest dniem świętym... Przynajmniej mieliśmy czas na złapanie nieco oddechu.

W sobotę Piotr z kolegą taszczą wypożyczoną w Warszawie przyczepą to, co się dało do niej zapakować - jak się okazało, wszystko nam się przyda od "zaraz". Organizuję telefonicznie "pilota" po nadwiślańskich zakamarkach, żeby wszystko sprawnie dotarło na miejsce.

W poniedziałek przyjeżdża z darami wspomagający nas od dawna Rafał z Podkarpacia - przepakowujemy się (po uprzednim zawarciu znajomości), ponieważ chcę przejrzeć i podzielić przywiezione przez niego rzeczy - część z nich "pojedzie" pod Sandomierz.

Niemniej pracowity wtorek - po powrocie z pracy załadowujemy na ile się da samochód Rafała i jedziemy na Powiśle. Znać sytuację z mediów i opowieści to co innego, niż poznać ją osobiście. Ze względu na późną porę odwiedzamy "biegiem" jedynie dwa miejsca. U pana Stasia oglądamy zdjęcia zrobione podczas powodzi oraz wywołane nią zniszczenia. Za dwa dni mija rocznica pierwszej fali...Z pewną dozą tęsknoty spoglądam na mijany cmentarz - poszło by się do Ryśka, ale mostu jeszcze nie ma, zresztą - pora zbyt późna na wędrówkę okrężną drogą.

Z samochodu staram się pokrótce opowiedzieć, jak było i pokazać widoczne do dzisiaj skutki. W międzyczasie opowiadam o wszystkim, co się wydarzyło, a czego ten blog "nie przyjmie" - afera goni aferę, ale najbardziej boli zawiść ludzka...

Powoli przygotowuję się do wyjazdu do Gorzyc pod Sandomierz.

poniedziałek, 16 maja 2011

Chyba tak ich musimy nazwać, chociaż faktycznym inwestorem jest Państwo, które wyłożyło środki na zasiłki powodziowe, zresztą - nie o zasiłkach i ich wysokości chcę opowiedzieć, ale o ich wykorzystaniu..

Tak więc - znamy takich, którzy nie oglądając się na nic, pomimo nieadekwatnego do potrzeb zasiłku, ciężką, uczciwą pracą starają się stanąć na nogi.

Są i tacy, którzy modernizują i uzyskany w związku z powodzią zasiłek i pomoc usiłują wykorzystać nie tylko do naprawienia skutków powodzi, ale i do podniesienia znacząco standardu warunków mieszkaniowych- za wszelką cenę i kosztem innych...

Znamy i takich, którzy odbudowują z zasiłków domy, a chcą na tym maksymalnie zaoszczędzić, aby resztę pieniędzy odzyskać przez rozliczenie zdobytych "na boku" faktur, tyle, że oszczędzają poniżając jednocześnie robotników i oskarżając ich o sprawy przez nich niezawinione..

Pomimo tej świadomości bardzo przeżyłam, kiedy jedna z  naszych dotychczasowych podopiecznych (zajmowaliśmy się jej rodziną niemal od początku) posądziła Darka o wykonanie fundamentu niezgodne z projektem, więc Darek musiał fundament odkopywać, żeby umożliwić pomiary, a wstrząs przeżyliśmy, na wieść o tym, że znalazła skład budowlany, żeby sprawdzić, czy beton kosztował właśnie tyle, czy przypadkiem nie mniej... I ani pozytywne efekty jednej, ani drugiej jej kontroli  nie powstrzymały jej przed kierowaniem pod naszym adresem pomówień, za które przychodzi nam płacić ogromną cenę.

I gdyby nie tych paru ludzi, dla których zawsze i o każdej porze warto tam powrócić oraz okazywane nam wyrazy solidarności przez osoby wspierające nas w akcji oraz tych naszych podopiecznych, którzy są uczciwi, nie wiem, czy bylibyśmy w stanie wrócić kiedykolwiek na wilkowską ziemię..

I wciąż mamy nadzieję, że więcej okrutnych ludzi nie spotkamy na swojej drodze..

niedziela, 15 maja 2011

A jednak - po licznych telefonach od przyjaciół z pytaniami, postanowiłam nieco przybliżyć sytuację wśród naszych podopiecznych - nie da się tego streścić na pewno w jednym poście...

Finansami naszej podopiecznej babci postanowił "zająć się" jej wnuk - po co uczciwie pracować, skoro można inaczej... Pierwszą ofiarą stał się Darek, ale to on sam napytał sobie biedy - podczas, gdy ja cierpliwie robiłam i rozwoziłam niezbędne zakupy, on wyciągał z kieszeni pieniądze na chleb i dawał je babci, a na to tylko czyhał jej wnuk...

Tym razem nasz bohater postanowił pójść na całość - w piątek zadzwonił do Darka z pogróżkami i żądaniem 300 zł. Darek, który został bez pieniędzy, ponieważ inni nasi podopieczni przestali mu płacić za budowę domu (ale o tym w kolejnych postach), odmówił, bo i z jakiej racji... W efekcie zaradny wnuk postanowił zabrać się za mnie...

Cały piątkowy wieczór - ja w Wilkowie i moja rodzina w domu - odbieraliśmy telefony z żądaniem pieniędzy i pogróżkami, a że jeszcze nie dosyć, młody człowiek zaczął urządzać awantury i burzyć przeciwko nam lokalną społeczność, ponieważ rzekomo okradliśmy jego babcię... Tyle, że nie pofatygował się, żeby sprawdzić w kosztorysie, że pierwsza transza - wstępna - obejmowała obok wykonania ławy fundamentowej konkretny koszt wyburzenia i rozbiórki starego domu. Nie pofatygował się również do gminy, którta przeprowadzała kontrole na budowach, a w darkowej pracy nie dopatrzyła się żadnych uhybień. A natrafił na podatny grunt - nikt z sąsiadów nie chce, abyśmy babci stawiali dom, a to z powodów, o których nie mogę pisać - babcia stałaby się zbyt rozpoznawalna... Dotarł też młody człowiek do wspomnianych już przeze mnie wyżej innych naszych podopiecznych, którzy wyszli z założenia, że Darkowa ekipa postawi im duży dom za 25 tysięcy złotych, a ponieważ głodni robotnicy, którym inwestorzy przestali już dawno płacić, wreszcie przerwali robotę, trafił również doskonale...

Sobotę mieliśmy koszmarną - telefon za telefonem, pogróżka z za pogróżką.

Wreszcie zdecydowałam się oddać sprawę w ręce policji.

Nie rozumiem tylko, za co przyszło nam płacić taką cenę...

piątek, 13 maja 2011

Oczywiście - pomimo dzisiejszych wydarzeń, nadal nie jestem przesądna, zaś tytuł - nieco przewrotny, ale - postaram się nieco napisać od początku.

Minione dni są pełne gonitwy z powodu zakupów - ostatnie załatwiam wczoraj, w późnych godzinach nocnych (Tesco), zaś siatki pakuje mi kasjerka, bo ja już nie mam siły (dobrze, że na taką trafiłam). Dzisiaj w szkole przepakowujemy samochód, żeby łatwiej mi było i żeby wszystko trafiło do swojego miejsca przeznaczenia, a potrzeby różne...

Po raz pierwszy zaglądam do uroczej babci Basi (tak ją nazwiemy) i jej ociemniałego męża. Stracili w powodzi wszystko... Ich opowieść o ludzkich instynktach jest wręcz przerażająca. Siedzę i słucham zapatrzona w dziadzia. Po raz pierwszy widzę płynace po policzkach człowieka zupełnie ociemnałego, niemal pozbawionego oka, łzy... Tak bardzo potrzebują pomocy...

Babci Marysi nie zastaję - zakupy zostawiam jej obok kontenera, stawiając tak, aby sie nie dobrały do nich psy.

Jadę do rodzeństwa pod wałem. Spotkanie jak zwykle - bardzo wzruszające. Babcia się stęskniła i cieszy się cała sobą. Z trudem udaje mi się ją odwieść od pomysłu rewanżu - nie po to pomagam. Ma się pomodlić. Tymczasem planujemy w najbliższym czasie wysprzątanie i urządzenie ostateczne jednego pokoju - tego, który wreszcie podsechł.

Dużo czasu spędzam u pana Marka - jest na przepustce ze szpitala. Po raz pierwszy płacze... Tyle w nim chęci życia i walki, i tyle bezradności zarazem...

Wsiadam do samochodu - odbieram pierwszy telefon z żądaniem pieniędzy, zastraszający mnie (a niby skąd ja je mam mieć...) i oskarżający o sprawy, o których nie mam pojęcia.

Jadę do pana Stasia. Tak bardzo cieszę się, że pomału stają na nogi. Chwilę rozmawiamy, żona pana Stasia przygotowuje mi sadzoki własnej hodowli. Odbieram kolejny telefon od tej samej osoby - znowu mi grozi i wykrzykuje. Już wiem, kto to jest i wiem, od kogo ma numer mojego telefonu.

Ne mogę uwierzyć, ze ludźmi, którzy na mnie szczują są Ci, którym bez reszty oddałam swoje serce.

Nie mam siły zaglądać już do pani Ewy. Jest po 21.00 a ja bezpiecznie muszę wrócic do domu.

wtorek, 10 maja 2011

Ponoć krzyż jest zawsze szyty na miarę i zawsze taki, że można go udźwignąć... Czy rzeczywiście? Moje barki już nie utrzymują ciężaru, jak się okazuje - Darkowe również. Gdybym napisała wszystko, o czym wiem, co zaobserwowałam, z czym mamy do czynienia - mój blog nie wytrzymałby obciążenia ze strony czytelników.

A gdybym na bieżąco wspominała o tym, ile spotyka nas przykrości, cierpienia, pomówień i zazdrości.. Ale po co... Usiłowałam sobie z tym radzić, stąd zajęłam się organizacją wsparcia przez Darka, przez jakiś czas wolałam nie być, nie widzieć, nie słyszeć...

Dla jednych jesteśmy już "nierentowni" - inna jest nasza wizja wsparcia, niż ich... Inni słuchają plotek, jeszcze inni kontrolują w składzie budowlanym koszt zakupionych przez Darka materiałów (i mają pecha - zgadza się co do złotówki...). To nie wszystko jeszcze, ale - szkoda słów. Jedno, co się potwierdza - tam, gdzie zaczynają rządzić pieniądze, rozum i serce przestają funkcjonować - niestety - dotyczy to i części naszych podopiecznych - dobrze, że nie wszystkich...

Dzwoni do mnie pan Andrzej z Warszawy (miły głos) - przekaże naszym podopiecznym komputer. Trafi do rodziny z piątką dzieci. Przychodzi kolejna paczka ze Świętochłowić (? - druk rozmazany)

Robię zakupy meblowe - stół do kuchni i 3 krzesełka... Brama, która miała być ryśkowa jest "w robocie" - trafi również do powodzian - w dobre bardzo ręce... Jeszcze sporo zakupów, jeszcze parę transportów i jeszcze trzeba pomyśleć o rozdysponowaniu darów, których masę zgromadziliśmy w ryśkowym domu... Jeszcze Darek upora się z domami, które rozpoczął, jeszcze rozliczymy się ze wszystkimi, z którymi mamy się rozliczyć i pójdziemy dalej, ale nie wśród powodzian... Tam zostanie parę tylko przyjaźni i powroty na wilkowski cmentarz, a wokoło jest mnóstwo potrzebujących ludzi - takich, których nie zaślepiły zasiłki przyznawane z tytułu powodzi, więc im pomagać będzie łatwiej, a pomagać będziemy, bo inaczej już nie potrafimy - tak nam to przez ten rok prawie "weszło w krew".

Głowa mnie rozbolała po przeczytaniu tego, co z siebie tutaj "wyrzuciłam", ale niech idzie w świat ta historia, generalnie smutna w końcowym rozrachunku...

Dopóki jasno, idę segregować i pakować dary - za 2 dni ruszam z nimi na Powiśle - mimo wszystko...

czwartek, 21 kwietnia 2011

Oprócz troski o to, skąd i w jakiej postaci zdobyć wsparcie dla powodzian, musimy znosić również masę nieprzyjemności... Dzisiaj zadzwoniła do mnie jedna z "pomocowych znajomych" z awanturą, że nie odbieram wersalki, chociaż obiecałam, że to zrobię na wiosnę, że się nie zgłosiłam po odzież, którą mi przygotowała, że nie odbieram telefonu...

Niestety - żadne argumenty do niej nie przemawiały - w przypływie złości nie chciała słuchać ani rozmawiać. Po wykrzyczeniu swoich oczekiwań i pretensji cisnęła słuchawką...

W tej sytuacji pozostaje nadstawić chyba "drugi policzek", bo decydując się na akcję pomocową, decydowaliśmy się na współpracę z różnymi ludźmi.

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie takiego traktowania ludzi nawet w przypływie najgorszego humoru, potraktuję więc to jako jeden z wilkowskich "krzyżyków" do dźwigania...

wtorek, 19 kwietnia 2011

paczki 1

paczki

Dzisiaj już te paczki, pełne żywności, dotarły w miejsca docelowe...

Teraz możemy zająć się logistycznie organizacją transportu, co nie jest łatwe, ponieważ wczoraj w Wilkowie Darek stracił jeden z 2 samochodów, który po zderzeniu z ciągnikiem został odwieziony na złomowisko - dobrze, że ekipie nic się nie stało!

Do odbioru mamy łóżeczko (dobrze, że prawie mam po sąsiedzku - odbierzemy je z synem) oraz lodówkę i pralkę z Warszawy - z tym gorzej - musiałam wczoraj naprędce organizować przyjaciół, który odbiorą i przechowają lodówkę u siebie, żeby po drodze "nóg nie dostała", bowiem o taki sprzęt - nawet używany - coraz gorzej.

Niestety - sytuacja się powtarza (podobnie było przed Świętami Bożego Narodzenia) - każdy, kto chce oddać coś uzywanego z domu, chce, aby to było odebrane - najlepiej "wczoraj". Nikt nie bierze pod uwagę faktu, że do tego potrzebni są ludzie, transport i miejsce. Na razie za punkt przerzutowo - magazynowy służy szkoła i mój dom...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10